Tort sernikowo truskawkowy, na spodzie z nutellą. Wersja schłodzona i mrożona

Pierwotnie miał to być tort urodzinowy dla mojej córeczki. Zainspirowana przepisem wyszperanym na YouTubowym kanale Mała Cukierenka (prowadzonym przez przemiłą Natalię) postanowiłam nieco zmodyfikować ten oto przepis: https://www.youtube.com/watch?v=cSeLyz9HxeY

Jak wiadomo nie od dziś – modyfikacje mogą się skończyć różnie. Byłam jednak pewna, że sobie poradzę, w końcu nie jestem już taką nowicjuszką w kuchni. Dlatego do zadania podeszłam całkowicie wyluzowana i pewna siebie. W piątkowe południe zabrałam się do dzieła. Przechodziłam zręcznie z etapu na etap i kiedy wydawało się, że włożyłam do lodówki dzieło, które mojemu dziecku sprawi mega przyjemność, a goście poczują się urzeczeni smakiem i wyglądem mojego własnoręcznie przyrządzonego tortu – okazało się, że czas zdecydowanie nie zadziała na moją korzyść.

Sernik na kruchym spodzie z nutellą i herbatnikami, masą sernikową i musem owocowym z galaretką nie chciał mi za chiny ludowe stężeć w tej lodówce, a konkretnie jego wierzchnia warstwa. Godzina po godzinie doglądałam, zwiększałam chłodzenie lodówki, przesuwałam, obracałam, dotykałam, zaklinałam i co? Guzik z pętelką. Kiedy w sobotę rano po całonocnym leżakowaniu w lodówce wierzchnia warstwa tortu była nadal półpłynna wiedziałam, że będzie to oznaczało tylko jedno – szybki wskok w samochód i jazda po cukierniach żeby udało się coś dostać. Ilość słowa ,,kurwa” , które wypowiedziałam półszeptem oscylowała na granicy mojego życiowego rekordu. Jak mogłam tak zawalić? Urodziny jedynego dziecka, a ja jestem w kaczej dupie.

Na szczęście…

Udało mi się dostać dwa mniejsze torty, które spokojnie miały wystarczyć i wystarczyły dla 8 osobowej gromady. Miałam jednak zgryz co zrobić z nieudanym torcidłem w którego wpakowałam kawał dobrych składników. Z pomocą przyszedł Luby, który poradził żebyśmy to ,, dzieło” włożyli do zamrażalki! Eureka! Był to jak się okazało strzał w dziesiątkę. Uzyskaliśmy po kilku godzinach tort mrożony 🙂 W smaku pyszny i w wyglądzie na pewno ładniejszy niż przed zamrożeniem.

Wiem też gdzie popełniłam błąd. Zawaliłam z proporcjami galaretka vs mus owocowy. Ale o tym za chwilkę. Najpierw składniki, które zostały użyte do naszego torciku.

Spód  (Z NUTELLĄ):

  • nutella 3/4 słoiczka,
  • 30 herbatników.

Blendujemy te składniki i uzyskaną masę przekładamy do tortownicy tworząc z niej spód. Wszystko dokładnie obczaicie w filmiku 😉 Formę ze spodem wkładacie do lodówki na około 20 minut. Przechodzicie do robienia masy serowej.

Masa serowa:

  • pół kilograma twarogu sernikowego,
  • cukier puder – według uznania – ja dawałam sporo bo miało być słodkie 😉
  • 5 łyżeczek żelatyny rozpuszczonej w szklance gorącej wody  (dodajemy oczywiście po ostudzeniu). UWAGA: JEŻELI CHCECIE ZROBIĆ TEN TORT W WERSJI MROŻONEJ MOŻECIE ODPUŚCIĆ SOBIE ŻELATYNĘ.
  • 400 ml śmietany 30% lub 36% .

Odpuściłam sobie dodawanie wanilii bo jej po prostu nie miałam 🙂

Śmietany ubiłam z cukrem pudrem na gęstą pianę, po czym dodałam twaróg. Kiedy nasze składniki ładnie się połączyły dolewałam stopniowo żelatyny i miksowałam nadal. Masę sernikową wyłożyłam na spód z nutelli po czym ponownie całość włożyłam do lodówki.

Warstwa wierzchnia (OWOCOWO GALARETKOWA):

  • 2 galaretki truskawkowe lub 1 truskawkowa i 1 wiśniowa. Kolor galaretki dobierzcie do koloru owoców z których chcecie zrobić mus! Ja robiłam mus truskawkowy.
  • około 1 kg truskawek lub (tak jak w filmiku) 2 puszki brzoskwiń. Owoce możecie wybrać dowolne.

 

Galaretki rozpuszczamy we wrzącej wodzie (polecałabym zalać nieco mniejszą ilością wody niż zaleca producent na opakowaniu) i studzimy. Owoce natomiast blendujemy na gładki mus. Kiedy galaretki lekko tężeją po przestudzeniu – dodajemy do nich mus. Nigdy na odwrót, czyli – do musu – galaretki! Ja niestety do owoców wlewałam galaretkę, a że musu było sporo wszystko zrobiło się zbyt wodniste i po wylaniu na masę serową nie chciało stężeć w lodówce.

Niecały rok temu zrobiłam ten serniczek w wersji totalnie odwzorowanej z kanału Mała Cukierenka i wyszedł przepyszny. Cieszę się jednak, że w tym roku pomimo wtopy udało się stworzyć coś całkiem innego i to naprawdę bardzo smacznego 😉 Przed państwem mrożony kawałek ,,niewypału”  🙂 Dobre było.

Ps. Imprezy się udały, dziecko szczęśliwe, mama też 🙂

 

www.zyciebezmakeupu.pl

 

Biegnę, dokąd i dlaczego?

Pomysł na bieganie zrodził się w mojej głowie już jakiś czas temu kiedy to mym oczom ukazał się zwis i opad w pewnych miejscach mego ciała. Widoczek ten na tyle wstrząsnął moim jestestwem, że zapragnęłam na gwałt znaleźć jakąś odpowiednią dla siebie formę aktywności ruchowej.Odkąd pamiętam nie znosiłam ćwiczeń stacjonarnych, typu skłon i przysiad na macie w pokoju, brzuszki, hantle i inne tegoż typu zajęcia. Dłuży mi się wtedy czas niemiłosiernie, wszystko rozprasza, a to bajzel w domu, a to córka, która nagle też pragnie ze mną skłony wykonywać i niecierpliwi się, że narzucam zbyt szybkie tempo. Generalnie nie moja bajka. Podobnie sprawa się ma z siłownią,  choć może jestem uprzedzona? Nie wiem.

Pod uwagę brałam 3 możliwości:

A). Jeszcze więcej chodzenia pieszo i załatwianie dosłownie wszystkich spraw dreptając.

W praktyce (dla mnie) niewykonalne jest poruszanie się po całych Katowicach pieszo, więc sobie odpuściłam. Poza tym chodzić – chodzę naprawdę sporo, chciałam czegoś więcej.

www.pixabay.com

 

B). Nordic Walking, czyli dreptanie z kijkami.

Tempo takiej aktywności wydało mi się jednak zbyt wolne. Poza tym nie chciałam inwestować w kijki nie będąc pewna czy w ogóle wytrwam. A potem kijki zostałyby rzucone w kąt i pokryłyby się kilkoma warstwami kurzu.

www.pixabay.com

 

C). Bieganie.

Najbardziej kuszące ze względu na szybsze tempo. Ponadto ciekawość bo nigdy wcześniej nie biegałam, nie licząc oczywiście czasów podstawówki, kiedy to byłam całkiem niezła w te … klocki 🙂 Bliskie sąsiedztwo parku i lasów zachęciło mnie do podjęcia właśnie tej formy aktywności.

www.zyciebezmakeupu.pl

 


 

Moim celem było i jest ujędrnienie i wyrzeźbienie sylwetki, dotlenienie i  szeroko pojęta poprawa samopoczucia.

 


 

Zdawałam sobie sprawę, że z moim słomianym zapałem i lenistwem we krwi będzie ciężko o regularność. Dziś mija siódmy dzień. Nadal mam problemy ze złapaniem odpowiedniego rytmu i dostosowaniem oddechu do tempa biegowego. Ponadto łapie mnie kolka i wierci dopóty, dopóki nie zacznę racjonalnie i umiarkowanie łapać oddech. Cały czas muszę być zdyscyplinowana. Póki co oscyluję pomiędzy 2, a 3 km biegu. Na więcej nie jestem w stanie sobie aktualnie pozwolić. Dobrze biega mi się po lesie na tzw. wertepach, a nieco gorzej czuję się na nawierzchni (nazwę to nieprofesjonalnie) płaskiej, naszykowanej typowo dla rowerzystów i rolkarzy. Nie jestem również do końca przekonana o tym czy wieczorne bieganie zda u mnie egzamin. Dziś np. biegałam z rana. Po odprowadzeniu córy do przedszkola cisnęłam 1,7 km biegiem do domciu. Wiem, że to dystans amatorski, ale satysfakcja jest. Wieczorami mam już lenia level hard i podejrzewam, że będę kładła nacisk na biegi poranne, a wieczorne sporadycznie 2-3 razy w tygodniu. Tylko, że wieczorkiem mam towarzystwo i jest mi wtedy raźniej 🙂 No nic, jakoś będę musiała to sobie ustalić. Zapewne organizm sam sobie wszystko wyreguluje, a ja po prostu go posłucham.

Trafiłam również na bardzo przyjemny i motywujący artykuł http://bieganie.natemat.pl/5617,jak-zaczac-biegac-bieganie-bez-wypluwania-pluc-czyli-przewodnik-poczatkujacego-biegacza Dużo cennych i przydatnych informacji, które pozwolą mi mam nadzieję rozwinąć skrzydła i nie poddać się. Jeżeli więc ktoś z Was  zbiera się do podjęcia decyzji o bieganiu to koniecznie poczytajcie sobie ten artykuł. Mnie np. totalnie zaskoczył fakt, że nowicjusz do biegania wcale nie potrzebuje od razu profesjonalnego stroju. Najważniejsze są bowiem … buty. Nie zmienia to jednak faktu, że większy komfort miałabym zapewne w odpowiedniej koszulce i legginsach sportowych niż T-shirtach mego Lubego 😉

Tymczasem mój outfit wybiegowy to:  najtańsze adiki z Decathlonu, które są tak wygodne i leciutkie, że nie oddałabym ich za żadne skarby, najzwyklejsze bawełniane legginsy (również Decathlon), koszulki partnera, bluza i nerka z odzysku w której na czas biegania mieszka sobie telefon.

Bucioreksy dają radę!

 

Na sam koniec chciałabym jeszcze napisać o zmęczeniu pomieszanym z satysfakcją. Podczas biegania mam wielokrotnie moment w którym chcę się zatrzymać bo wydaje mi się, że nie dam rady. Wydaje mi się, że ciało odmawia posłuszeństwa, powłóczę nogami, gubię oddech itp. Mam ochotę zrezygnować. Nie oszukuję się, że takich chwil już nie będzie, wręcz przeciwnie – zdaję sobie sprawę, że one mogą napływać nawet ze zdwojoną siłą. Jednak kiedy spocona dobiegam do celu, moja twarz przypomina purpurę, a pot kapie po plecach czuję ogromną satysfakcję.

 

W czerwcu minie rok odkąd powstał ten blog.

Rok temu pod koniec czerwca w sieci pojawił się blog. O nazwie: życie bez make-upu. Autorką wszystkich wpisów jestem ja : Dominika K, a inspiracją moje życie, czasami nudne jak flaki z olejem, zwykłe, codzienne, bez upiększaczy, bez ściemy, no i oczywiście bez makijażu. Mój wymarzony kąt, w którym daję ujście swoim emocjom, tym pozytywnym i negatywnym również. Przez pierwsze miesiące bloga odwiedzałam tylko ja i prawdopodobnie najbliższe osoby. Dopiero od września podjęłam próby pokazania się szerszej publiczności. Małymi kroczkami, wręcz krokiem tip-top starałam się zostać zauważona. W tłumie. Tłumie ludzi, którzy podobnie jak ja próbują swoich sił w blogosferze. Ludzi, których szanuję, lubię i czytuję. Pomimo tego, że nie z każdym mi  będzie po drodze. Żadnego z moich wpisów nie wstydzę się. Choć wiem, że są nieokrzesane, bardzo często nierozumiane i troszkę ,,pod prąd” bo jednak w tym właśnie przypadku nie chcę iść na łatwiznę. Nie chcę pisać zapchajdziur, nie chcę prezentować byle jakich treści, chcę pisać o tym, o czym aktualnie mam chęć napisać. Nawet jeśli dla odbiorcy będzie to byle jakie – to będzie to moja autorska bylejakość. Kropka.

Szablon bloga to totalna asceza na tle innych, naprawdę świetnie dopracowanych blogów. To moja bolączka, bo pomysł jest, ale wykonać sama takich cudów nie potrafię. Więc póki co nie przykuję Twojego oka czytelniku ładną grafiką. Może uda mi się zatrzymać Cię treścią. A piszę o wszystkim i o niczym tak naprawdę. Bo oprócz górnolotnych wartości i ich niezaprzeczalnej sile nasze życie składa się jednak głównie z takich drobnych pierdółek. Ostatni wpis jaki popełniłam o moim partnerze to rymowanka. Składająca się z niby nic nieznaczących szczegółów, nawołująca do dat, lekko zdziecinniała dla poważnych i statecznych. Dla mnie bomba, Proszę Państwa.

Dlaczego lifestyle i parenting? Odpowiedź to pocisk naładowany egoizmem. Moje jedyne dziecko to sześcioletnia pannica, a moje życie to też czas spędzany oddzielnie, bez córki. Taką mamą jestem. Szczypta egoizmu płynie w moich żyłach. Nie zmienia to jednak faktu, że jest …wszystkim.

Oczywiście poszłam z duchem czasu i promuję się mniej lub bardziej regularnie na Facebooku, a ostatnio także na Instagramie. Nie jaram się tak tymi statystykami, ale wielce raduje mnie fakt, że docieram do większej liczby ludzi. To był główny cel, który przyświecał mi kiedy prosiłam pewnego dobrego człowieka o pomoc. Żeby to miejsce powstało. Chciałam i nadal chcę docierać do jak największej ilości ludzi, którzy może zatrzymają się u mnie na dłużej.  Zostaną w tym dziwolągowie i rozgoszczą się jak u siebie w domu. Nic tak bardzo nie cieszy jak czytelnicy.

Dziękuję za motywację. Chce mi się tutaj być, tworzyć i publikować.

Piona!

www.pixabay.com

Tańcowała Panna z Rakiem…

TAŃCOWAŁA PANNA Z RAKIEM…

…ja sierpniowa, on czerwcowy

ja brunetka, a on blondyn.

Starszy, bardziej doświadczony

mógłby mieć już ze dwie żony.

Ale nie miał, Bogu dzięki,

czym oswoił moje lęki.

Opiekuńczy, czuły, dobry

do wikinga jest podobny.

Nie uznaje słowa kryzys,

toż to przecież głupi wymysł.

Nie ma ze mną lekko Raczek,

niecierpliwa jestem Panna.

Maruderka bezustanna.

Ale On ugłaskać umie

i się zawsze dorozumie.

Czego mi na gwałt potrzeba:

jego silnego ramienia,

jego wsparcia

i poparcia.

Pocałunku, łez otarcia.

Górki optymizmu z rana,

kiedy wstaję niewyspana.

Rozdrażniona, przeziębiona,

byle być w niego wtulona.

No i pecha mi nie przyniósł,

ten mój Raczek ukochany.

Choć go w piątek trzynastego

pierwszy raz me gały ujrzały.

W sierpniowy wieczór, upalny,

pod blokiem zodiakalnej Panny.

www.zyciebezmakeupu.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nauka jazdy na dwóch kółkach – nie dla każdego dziecka łatwa i przyjemna

Piękna pogoda zdecydowanie skłania nas do częstego wybywania z domu i spędzania aktywnie czasu na świeżym powietrzu. Parki i place zabaw pełne, dzieciaki śmigają na rowerach, rolkach, hulajnogach. Przyszła więc pora żeby wyciągnąć z garażu rower naszej sześciolatki i podjąć kolejną próbę nauki jazdy na dwóch kółkach…

Nauka jazdy na rowerze to teoretycznie prosta sprawa. Wspominając swoje przygody rowerowe pamiętam tylko, że poszło mi całkiem sprawnie. Oczywiście uczyłam się jeździć na  składaku, z twardym siodełkiem i hamulcem ,,do tyłu”, którego zresztą przy swoim pierwszym dłuższym przejeździe zapomniałam użyć i tym samym wjechałam w samochód (zaparkowany)…Z obolałą kością łonową zwiewałam z miejsca zdarzenia. Rower w starciu z autem 1:0! 😉 Praktyczny aspekt nauki jazdy na dwóch kółkach jest nieco bardziej skomplikowany, zwłaszcza w dzisiejszych czasach kiedy to rodzic jest jakiś taki bardziej przewrażliwiony i boi się ,,wrzucić dziecko na głęboką wodę” czyli po prostu puszczać, poobija się, popłacze, rozwali wargę, zadrapie nogę, otrzepie się i pojedzie dalej. I tak n – ty raz. Aż w końcu załapie i pojedzie…Samo, bez pchania, utrzymywania, łapania w ostatniej chwili.

W ubiegłym roku nie byliśmy konsekwentni, odpuszczaliśmy szybko. Inną sprawą było to, że córka nie sięgała ziemi swoimi stopami, przez co nie potrafiła się asekurować nogami i najzwyczajniej w świecie bała się. Rowerek jest piękny i zadbany, pierwsze szlify zdobywała na nim kuzynka córy, a teraz przyszła pora na naszą dziewczynkę  😉 Można by rzec, że to super wypasiona fura, różowy B’Twin z Decathlonu, z profesjonalnym pchaczem, tak wygodnym, że nieraz wieszałam sobie na nim torebkę i biegałam za pociechą. Dziecię nam przez rok podrosło i teraz dosięga stopami podłoża więc nauka ma sens. Ale…są pewne trudności, wcale nie jest bowiem tak lekko, łatwo i przyjemnie. Wręcz przeciwnie – są łzy, jest pot, są siniaki i zadrapania…

www.zyciebezmakeupu.pl

 

PROBLEMY Z RUSZANIEM.

Od tego powinniśmy zacząć. Dziecko, które swobodnie sięga stopami podłoża powinno nauczyć się  SAMODZIELNIE ruszać i będzie to 70 procent sukcesu. Trzymanie roweru podczas tej czynności (ruszanie) przez rodzica to błąd. Bo cóż z tego, że pociecha będzie potrafiła przejechać samodzielnie kilka do kilkunastu metrów, skoro w momencie ruszania spojrzy na nas z błagalną miną : ,,Mama/Tata popchnij”!

WSZYSTKO ROZPRASZA.

Do parku mamy rzut beretem, ale w parku oprócz alejek i trasy rowerowej jest też wypasiony plac zabaw, na którym zawsze spotka się koleżankę lub kolegę i wtedy jazda na rowerze schodzi na dalszy plan.

NIEKONSEKWENCJA.

Odnosząc się do punktu wyżej…Niestety kończy się na tym, że po usilnych prośbach i popłakiwaniach córki, która ciałem jest na rowerze, ale duchem już na placu zabaw – my rodzice ulegamy i zamiast nauki jazdy na rowerze mamy 2 godziny zabawy na placu zabaw.

BRAK CIERPLIWOŚCI.

Nie udaje się ruszyć – nerwy. Pedały uderzą – popłakiwanie i nerwy. Mama nie przytrzyma i rower się przechyli – nerwy i panika. Jeśli brak cierpliwości jest dziedziczny to zdecydowanie moje dziecko ma to po mnie. Dlatego kiedy wybywamy na kolejną przejażdżkę – ja dosłownie uzbrajam się w cierpliwość. Zagryzam zęby, mówię łagodniej, nie krzyczę, nie ponaglam, tonuję. Po serii złości widzę światełko w tunelu bo ostatnie dwie wyprawy były ok pod tym względem.

ZNIECHĘCENIE.

Każde dziecko jest inne, ma inne tempo nauki, inny rytm. Moja dziewczynka ostatnio przechodzi etap przeżywania każdej porażki bardzo boleśnie. Odnosi się to nie tylko do nauki jazdy na dwóch kółkach, ale także tworzeniu prac i rozwiązywaniu zadań w przedszkolu. Pracujemy nad tym bardzo intensywnie. Chcemy żeby wiedziała, że nie zawsze wszystko przychodzi łatwo. Czasami trzeba się sporo napracować i namęczyć, ale nagroda jest warta zachodu 🙂

WIARA W SIEBIE.

Każdy samodzielnie przejechany metr chwalę. Widzę, że bardzo Ją to motywuje i buduje Jej poczucie wiary w siebie.

 

W porównaniu z rokiem ubiegłym jest o niebo lepiej. Pomimo różnych niesprzyjających okoliczności i czynników jestem pełna nadziei, że na wakacjach moje dziecko będzie samodzielnie śmigać na dwóch kółkach. Nie stwarzam jednak chorej presji bo wiem, że ponaglanie niczego dobrego nie przyniesie. Cała ta rowerowa przygoda sporo mnie uczy. Przede wszystkim pokory i cierpliwości. Nie może ich zabraknąć do finalnego efektu w postaci pędzącego samodzielnie sześcioletniego szczęścia na różowym rowerku z pasażerem w postaci misia…